poniedziałek, 23 września 2013
Zapraszam na nowy, wegański blog veganfotoku - Roślinna fotokuchnia

Serdecznie zapraszam na mój nowy, 100% roślinny blog 

Roślinna fotokuchnia  

http://veganfotoku.blogspot.com 

 

zou woodwalker 

 

 

 

piątek, 23 listopada 2012
Veganizm - trudności

Jak już pisałam, decyzję o weganizmie podjęłam ot tak, pod wpływem impulsu, który gdzieś tam dojrzewał w postaci świadomości przebiegu produkcji mleka, serów itd...i tego, że zwierzęta je "produkujące" są częścią tej samej machiny śmierci i chowu przemysłowego, i że dotyka je (dotyka...hm...katuje) ten sam los co zwierząt hodowanych przemysłowo na mięso, czy ryb...

 

Co do wegetarianizmu, to powrót do tej  decyzji było wręcz koniecznością duchową i silną potrzebą. Jednak świat jest bardziej skomplikowany dla potencjalnego weganina/weganki.

Póki byłam w Anglii, gościłam u Przyjaciółki i kupowałyśmy różne dziwne rzeczy w sklepach, także z oznaczeniem vegan, no i nie chodziłam do pracy ani nie miałam swoich spraw. Po powrocie do Polski, dopadło mnie zmęczenie... i zwątpienie... Zaglądam do lodówki w domu Rodziców, a tam...nagle dla mnie nie ma nic do jedzenia...wszystko zimne - i - najpierw trzeba sobie zrobić. Bo już nie zjem kopytek z przedszkola, bo z twarogiem, już nie zjem naleśnika, bo odsmażony na maśle... itd itp... Wszystkie stare szybkie wegetariańskie sposoby zawodzą...np. drożdzówka z mlekeim sojowym, bo może mieć jajka, itd. Zostaje pójśc na rynek...i zrobić samemu, a człowiek zmęczony, głodny... A mimo, że myślę, iż "the best fast food is fruit"- to nie przekonuje mnie to zimą w naszej strefie klimatycznej.

Można jeszcze, starym zwyczajem, pójść pod tunel w Gdańsku Gównym, gdzie sprzedają pyszne kanapki panini - zawsze kupowałyśmy je z Siostrą z serem (tanim więc bez podpuszczki odzwierzęcej), z warzywami, ogórkiem kiszonym... takie smaczne i tanie po 4,8zł a wielkie, no i trochę ciepłe, chrupiące... Przed całe wakacje ratowały mi czas dnia do 14-tej. A teraz nawet nie mam PEWNOŚCI czy do tej bułki panini nie dają jajek, ba,  albo cysteiny do mąki....bo już się naczytałam... Także GO VEGAN działa świetnie gdy ma się pod ręką swoją kuchnię, zje się w domu zrobione samemu śniadanie i nadąży z obiadem. Czyli generalnie panuje się nad planem dnia. 

Ja teraz jestem w przeprowadzkach, między Gdańskiem a Toruniem, kuchnią w domu Rodziców a swoją w nowym mieszkaniu do remontu... słowem dla początkującej veganki okazuje się to całkiem trudne. 

Ale przypomniała mi się taka maksyma AA: HALT

H - hungry

A - angry

L - lonely

T - tired ...

Jeśli więc początkujący veganin jest głodny, zły, samotny i zmęczony... to tylko krok do powrotu w stare nawyki wegetariańskie, na których przecież bardzo komfortowo można funkcjonować w swiecie konsumpcji poza domowej. Myślę, że nie jestem tu ortodoksyjna, jeśli coś przesunie się wczasie o kilka miesięcy, albo chociaż zmniejszę spożycie i zakup tych produktów prowadzących do cierpienia, to i tak już jest lepiej, niż bym kupowała twaróg co dwa dni.  

Na szczęście była przy mnie moja Siostra, która jest wegetarianką ale mnie bardzo wspiera  w weganiźmie i gdy już sobie myślałam, że "kurcze nie mam siły na weganizm, za wcześnie podjełam decyzę, poczekam aż dokończę remont kuchni i będę sama gotować ... i wszystko ogarnę (a to będzie za kilka miesięcy), przestanę jeździć w tę i we wtę... i może dziś jednak zjem te ciepłe i już będące w domu kopytka z twarogiem., trudno :/ Ale Siostra powiedziała, to może po prostu idź i kup sobie panini z warzywami?  A byłam już tak zmęczona, wkurzona, nieogarnieta...

No i kolejny "kwiatek" jest prawie 20ta, polazłam... proszę o tę kanapkę co zawsze, tylko tym razem jeszcze proszę "bez sera, bez sosu..." a pani mówi, że takiej nie ma. A wegetariańskia to drożej. Więc się wykłócam,że chcę taką jak zawsze tylko proszę niech nie wkłada tym razem po prostu tam tego plasterka sera, a  pani mówi, że tak nie może bo nie ma jak nabić na kasę. A ja chcę normalnie, tak jak zawsze, ale bez plasterka sera, chce aby jej ten ser został... a ona że tak nie można się wnerwiłam, powiedziałam że teraz to jest już naprawdę wredna, a ona że jak ja chce wegetariańską to na drzwiach jest napisane, że taka to po 6,80... (Nie kumam czemu z mniejsza ilościa składników jest drożej?). W końcu sprzedała mi po 4,8 i jakoś się przeprosiłyśmy i pogodziłyśmy.  :) Ja nie chce kebeba warzywnego ociekającego warzywami tylko płaską, ulubioną kanapkę z warzywami, która ugryzę bez złamania szczęki...

Zresztą mam zamiar kiedyś tam nabyć grilla do panini i sama robić takie bułeczki w domu, bo już nie będę u siebie mieszkać tak blisko tej smacznej budki, by to mogło być moje śniadanie na co dzień. 

Dlatego też pomyślałam, że to nie jest takie proste jak "wegetarianizm na mieście". W domu to spoko - gotować i zbilansować umiem. Ale gdy się jest w rozjazdach i nie nadąży zaopatrzyć w zapasy...i nagle zapali sie owo  czerwone HALT, to może być kiepsko z wytrwaniem ot tak nagle. Zostaje noszenie ze sobą gotowego soymilka...i nie dopuszczaniue do HALT-u ;)

 

Wiem też, że jest super blog z opisem wegańskich produktów w sklepach. Dzięki wielkie! 

 

 

 

 

niedziela, 18 listopada 2012
Pożegnanie schizofrenii kulinarnej. Vegan.

Witajcie!

No - i także u mnie się dokonało -  kolejny kroczek do przodu. GO VEGAN :)

wegefotokuchnia zmienia sie w VEGANfotokuchnię :)

A było to tak: od dawna wiedziałam, że mój powrót do wegetarianizmu (od v klasy podstawówki do II roku studiów, potem przerwa na związek pt."facet musi zjeść mięso, i ja też;(a potem depresje, kompulsje, uzależnienia...i przebudzenie. I powrót do wegetarianizmu, już świadomie i nie jak w dzieciństwie, ze smutku i sprzeciwu wobec cierpienia żywych zabijanych, ale teraz także z powerem radości że to ma sens, a nie tylko winy). Jednak czułam, że tym razem to zatrzymanie się wpół drogi i że prędzej czy później dojdę do diety wegańskiej oraz oczywiście, konsekwentnie do używania kosmetyków nietestowanych i wegańskich. (Chociaż z kosmetyków bardzo niewiele korzystam..., się nie maluje, deo to kryształ, ale zawsze jakieś tam odstępstwa były niewegańskie - bo trzeba czytać te etykiety zaawansowane cholera mnie brała, zawsze jakaś tam wymówka, ze dobra jutro...). 

No i niedawno szykował mi się pierwszy w życiu wyjazd do UK. Wiadomo - raj dla wegetarian, oznaczenia produktów...itd., restauracje...Cieszyłam sie na szoping tych wszystkich kulinarnych bajerów wege...

Zapewne też już opowiadałam, że przez ostatnie 6 miesięcy gotowałam dla mojej rodziny w Gdańsku wegetariańsko, a jedyny przez ten czas Tata- mięsojad, niemal wyniósł się z mięsem na działkę. Ale też incydentalnie. Generalnie wszyscy schudli, spadł im cholesterol a moja Siostra już od dawna jest wegetarianką. Nawet Babcia 86 letnia była zadowolona.

Ano szykowałam się na ten wyjazd, i odwiedzając Toruń Nasz Kochany, w domu obżarłam się bakłażanem na oliwie i poszłam na spacer. Serów juz nie jadłam od kilku miesięcy, ale nie byłam konsekwentna w jajkach w wypiekach itd...szczegółach...Wracając, natknęłam się na akcję Wolontariuszy z Empatii "Weganizm -spróbujesz". NO - i pomyślałam- czemu nie? Wsparłam akcję, podpisałam petycje,  i pomślałam, że to TEN czas. Bez zbędnych wymówek, bez przygotowań, drukowań list składników, lektury itd itp. Także dziekuję Wam, że tam staliście z ulotkami, petycjami...- veganizm - ja spróbowałam i w sumie chyba o to chodzi. Po prostu KAŻDY  DZIEN JEST DOBRY ABY ZACZĄĆ vegańską kuchnię ... albo aby skończyć ze schizofrenią moralną i pociągnąć to dalej konsekwentnie, już na wszystkie aspekty. (skóry, kosmetyki, leki, żywność, itd...).

Pojechałam do tej Anglii i miałam tu trochę stresu czy znajomi zaakceptują, czy to nie będzie z mojej strony "chamskie", że akurat przyjeżdzam a nic  nie spróbuję, ale wegetariańskiego przecież, torcika Sahera itd, itp - ale się okazali wszyscy tolerancyjni. Nawet w ogóle nie patrzyli w talerz gdy zamiast ryb miałam po prostu tofu a zamiast torta krem z avokado i kakao. 

W sumie, cieszę się, że nie zwlekałam dłużej. Te ostatnie 2 lata wegetarianizmu pozwoliły mi się na nowo rozeznać we współczesnych kulinariach, bilansowaniu posiłków, pułapkach składników niewegetariańskich i niewegańskich w sklepach, opisach, ale jest tyle blogów, stron pomocnych, portali, for... itd..ba! nawet vegan książek kucharskich, na e-bay jest chyba z 50! że naprawdę - jak ktoś ma zamysł aby w przyszłości spróbować wegańskiego, to  warto od następnego posiłku!  A wiedza w necie znajdzie się, na bieżąco...

No ale jednak świadomość etyczna, to jest coś co wymaga nie tylko restrykcji, ale też i odwrotnie- wzmaga radość i wdzięczność z gotowania, które uwielbiam, jako obdarowywanie bliskich czymś dobrym. No a nie było, skoro łaczy sie z cierpieniem innych istot. Niby człowiek o tym wie, czuje, ale jest stepiony...sam sie przed soba ukrywa, bo musiałby przez jakiś czas zyć inaczej. No ale wiadomo, nie jest to trudne. Tylko takie się wydaje. Trudny nie jest weganizm ale bycie weganinem w świecie niewegańskim, jest rochę trudniejsze.  Ale to pikuś. Po prostu też, już gotowanię niewegańskie mnie smuciło. Teraz zaś jest wszystko ok. W sensie czasu i tego niezakłamania. Bo jak mozna podać bliskim z miłością posiłek oparty o cierpienie? Znowu więc mam wenę do gotowania, i gadam do papryk, kolorowych i geba mi sie cieszy na te kolory! :::))), poza tym nakupiłam książek w UK, z resztą, jak już znajdę czas i sięprzeprowadzę, acha- bo sie przeprowadzam do Gdańska za pół roku, i tam będę miała swoją wymarzoną vegan od podstaw kuchnię, to mam nadzieje, że wszystko opisze i zrecenzuje książki vegańskie itd...

Także - Osobom z demonstracji Empatii - serdecznie dziękuję za inspirację! 

Jestem też wdzięcza osobom prowadzącym wegańskie blogi- szczególnie Edysqa i Matka Weganka, które to osoby 'poznałam' na wegedzieciaku - dziękuję Wam za opisy Waszej kuchni, to też bardzo mi pomogło w tym, że podejmuję ten krok świadomie i jaram się z radości, jakie  to będzie fajne to gotowanie jak wrócę do domu, w końcu kiedyś tam i znów zacznę fotografować swoje gotowanie :)

piątek, 28 września 2012
Naleśniki drożdzowe vegan

xxx

20:38, zou_woodwalker
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2012
Głodówka dzień 2 (godzina 36)

Rano czułam się świetnie. najtrudniej jest bez porannego rytuału - kawy rozpuszczalnej z dużą ilością mleka sojowego a zcasem też z cynamonem. Tym razem był to kubek ciepłej wody. Czuła się ogólnie dobrze. Poprzedniej nocy miała jednak płytki sen, budziłam się i nie pamietałam czy to początek głodówki i mam dalej spać, czy też, to normalny dzień. Słowem nieco niepokoju, bo brak wprawy i większych doświadczen w tym temacie... W ciągu dnia czułam sie bardzo dobrze. W porównaniu z poprzednią 36 godzinną - w ogóle nie dokuczały mi myśli o jedzeniu. Poprzednim razem obsesyjnie wciąż chciało mi się kaszy, owsianki albo daktyla. Teraz bez problemu leciały w TV Kuchnia programy i nie robiło to wrażenia, ani sok zółądkowy sie nie produkował. Widac spokojniej podchodzę do tego i motywacja zdrowotna i wewnetrzna jest bardziej ugruntowana i silniejsza niż zewnętrzne bodźce, czy pokusy.  Potem poszłam na pocztę i tu mój błąd - ubrałam się za grubo (bo w alaskę). Przez to na poczcie dostałam ciapek przed oczami i usiadłam na ławce. Po wyjściu, posiedziałam sobie na słonku. Kupiłam wodę, na szczęście była chłodna i doszłam do siebie. Potem poszłam jeszcze na krótki spacer po osiedlu. Czasami na poczcie nawet normalnie robi się słabo (duszno, kurz, kolejka), więc to nie była jakaś trauma. Okutałam się jak na zimę, a było plus 10 C! 

Ale wróciłam do domu i odczuwałam problemy z koncentracją, lekkie spowolnienie (na przykład zostawiłam klucze w drzwiach). Chwilkę tylko pobolewała mnie głowa. Piłam wodę chłodną, póki taka była przyniesiona z dworu, bo było mi raczej za duszno niż za zimno. Chyba idzie wiosna.

Przy mojej poprzedniej 36 godzinnej o wieeele gorzej się czułam, łeb bolał i bardzo dokuczały myśli o jedzeniu. Wtedy też pogorszyła się cera. Teraz nic. No i nie kusi mnie obsesyjnie jedzenie.   

No, to dziś jeszcze wieczór i 12 godzin nocy a rano - tym razem kończę na śniadaniu około godziny 8 rano,  jutro. Zatem można liczyć że będzie 48 godzinna moja głodówka. (dokładnie to 50 g.)

18:18, zou_woodwalker
Link Dodaj komentarz »
Głodówka 36 godzinna wg Małachowa

Głodówka 36 godzinna wg Małachowa 

Zaczyna się głodówkę o 18 wieczorem nic nie jedząc  przez noc po lekkostrawnym odżywianiu tego dnia (bez cukru, soli, warzywa i zboża, soki owocowe surowe).  Głodówka trwa przez następny dzień i noc. I wyjście z głodówki zaczyna się kolejnego dnia śniadaniem: sokiem z marchewki i szatowana porcją kapusty (dla wymiecienia śluzu z jelit) a potem kaszą gotowaną z jabłkiem tartym, bez soli.  Po prostu lekkostrawne jedzenie, bo nie zostaje zatrzymana w 36 h głodówce praca jelit, ani wytwarzanie soku żołądkowego nie jest ograniczane.

 Taka głodówka pozbawia organizm złogów wody z komórek, odświeża poczucie smaku na języku i nieco obkurcza żołądek, dodaje poczucia lekkości. Trzeba pić okoo 1,5 litra wody, a jak ktoś może to więcej. Jako, że nie chodzi tu  przestawienie się organizmu na odżywanie endogenne, można pić także  ciepłe napary owocowe, oczywiście z suszonych owoców bez dodatków cukru, aromatów itd. Można pić pokrzywę, mięta działa moczopędnie, rumianek koi błonę śluzową żołądka, ale może po nim na czczo mdlić. Owoc dzikiej róży zapobiega ewentualnym mdłościom, tak samo hibiskus i aronia, żurawinowa herbatka oddziałuje na drogi moczowe. Głodówka na samej wodzie odnawia poczucie smaku potraw. 

Podczas głodówki warto chociaż raz iść na spacer, na powietrze. Brać kąpiel w niegorącej wodzie, lub na koniec chłodny natrysk jeśli ktoś nie czuje się osłabiony a czuje dopływ gorąca i energii. Osoby osłabione mogą zawinąć się w koc i położyć na kanapę z dobrą książką i wycofać się, by odpocząć. Jednak często następuje przypływ energii paradoksalnie i ma się ochotę przenosić góry, wtedy trzeba mieć wzgląd na to, by nie przesadzić, bo często nasz nastrój się waha - jak pójdziemy z entuacjzmem na długi spacer, to jeszcze trzeba z niego wrócić bezpiecznie a nastrój czasem zmienia się nagle i falami. Więc przede wszytskim umiar i złoty środek pomoże nam bezpiecznie przeprowadzić i wyjść z głodówki.

 

 

środa, 07 marca 2012
Głodówka dzień 1

Kilka miesięcy temu robiłam swoją pierwszą, 36 godzinną głodówkę oczyszczającą, wg wskazówek Małachowa. Głodówka 36 godzinna  w zasadzie nie jest odmładzająca, jedynie oczyszczająca, ponieważ organizm nie przestawia się w pełni na odzywianie endogenne tj. komórkowe. Raczej pozbywa się zalegających w organizmie wody, śluzu, złogów. Zniosłam ją bardzo dobrze. Do dziś pamiętam odnowiony, zdrowy apetyt na najprostsze potrawy po niej jak ciemny ryż, kasza, płatki. Po tej głodówce właśnie kupiłam sobie garnek do gotowania ryżu i zbóż. Odnowiła we mnie potrzebę złożonych węglowodanów, bez "omasty". A wcześniej dominowały u mnie białka, strączki.  Doceniał słodycz smaku kaszy, i spowolniłam sposób żucia.

Organizm bardzo dobrze ją zniósł. Wtedy też pstanowiłam, że powtórzę ją w lutym, ponieważ ten miesiąc odczuwam jako najbardziej ku temu efektywny w danym kwartale. Z jednej strony jest i tak w ans osłabienie zimowe, z drugiej jest coraz jaśniej. Z jdnej nie ma żadnych niemal już sezonowych świeżych roślin (prócz jabłek, selera, pietruszki, ziemniaków, pora) a mnie się bardzo już chce roślin surowych, a nie chcę przesadzać z bananami, avocado czy rzucać się na pomidory koktailowe w Włoch, czy szpinak baby, które kuszą w Biedronce.

Porządki w domu, w ogrodzie ... a może też ...?

 

Głodówka pełna tzn. jedynie i tylko na wodzie, polega na tym, by do organizmu nie dostarczać żadnych (tj także płynnych) pokarmów. Żadnych soków, herbat, ani owoców. Inaczej stanie się to zwykłym głodzeniem się. Natomiast w głodówce wg Małachowa, chodzi o to, by po około 48 godzinach organizm doświadczył tzw. przełomu kwasiczego, a następnie przestawił się na odżywianie wewnątrzkomórkowe - tj, zaczął zużywać samego siebie począwszy od najbardziej zniszczonych komórek. Usuwa się wtedy złogi, śluz, "wybrakowane" komórki, od najbardziej zużytych, jak to on nazywa "patologicznych"...Zwał jak zwał, wiadomo - organizm najpierw pochłonie to, co mu najmniej potrzebne, a wtym przypadku wręcz zbędne. 

Aby zpobiec trawieniu mieśni, podczas głodówki należy regularnie spokojnie spacerować, wykonywać spokojne ćwiczenia np. elementy gimnastyki lub jogi. Można też oczywiście pracować, jak w normalny dzień. Pod warunkiem, że człowiek zna swój organizm i nie odczuwa głodówki jako stanu powodującego lęk, obawę o zdrowie, czy zagrożenie dla samego siebie. Jeśli traktujemy to jako odnowę, to podczas większości dni głodówki możemy funkcjonować normalnie.

Zazwyczaj po 48 h organizm doświadcza wiekszego kryzysu, bólu głowy, osłabienia spowodowanego zatruciem z powodu oczyszczania złogów z przewodu pokarmowego - to to zapewne przypadnie u mnie na początek weekendu, gdy bedę mogła ewentualnie położyć się w ciagu dnia i odpoczać, ale w kolejny dzień zazwyczaj jest znów lepiej, jaśniej i odzyskuje się energię i siłę.  

Z głodówki wychodzić będę od poniedziałku rano, spożywając bardzo niewielkie ilości mieszając je dokłanie ze śliną,  tarkowane i /lub surowe: sok z marchwi, kapustę, marchew, jabłko.  W dniach późniejszych dodam gotowany pęczak.

Celem głodówki nie jest utrata wagi, tylko właśnie owo wychodzenie z głodówki powiązane z fazą odbudowy organizmu. Bowiem wtedy, na miejsce spalonych złogów, organizm przyswajając dobre, zdrowe pożywienie odbudowuje swoje zasoby. Dlatego też warto jest znać najpierw siebie z mniejszych  i krótszych głodówek (24 i 36 godzinnych np. raz na 2 tyg lub 1 raz w miesiącu) by wiedzieć, że nie rzuci się na jedzenie, szczególnie to niewskazane - tłuste, słodkie i ciężkie a jelit nie narazi się na nagłe obarczenie treściami układu pokarmowego. Grozi to skretem jelit! Owo kluczowe dla zdrowia wyjście z głodówki powinno trwać tyle ile czasu trawała sama głodówka czyli 3 dni głodówki 3 dni poczatkowo: świeżego soku, potem tarta marchew i kapusta - aby"wymieść" i uruchomić jelita, następnie stopniowo, dokładnie żute zboża i jarzyny. Dopiero po 3 dniach, znów codzienne potrawy lekkostrawne, pożywne zupy jarzynowe z makaronem lub ryżem, płatki kasze. Nic smażonego, ani cukru ani białka zwierzecego.

Generalnie dziś czuje się dobrze, nie użalam się nad sobą. po powrocie z pracy wypiłam bardzo pwooli duży kubek wody około 70C.  Zaczynam odczuwać "absmak" w ustach, co świadczy o tym, że organizm zaczyna zużywać resztki w jelitach. Aby nie nastąpiło samozatrucie organizmu Małachow zaleca domowa lewatywę. Jestem przygotowana jeśli chodzi o sprzęt, do kupienia w aptece, ale także przygotowałam się kilka dni temu po prostu jedząc warzywa, kapustę, marchew, które to już same wymiatały resztki z przewodu pokarmowego i nie ruszyłam z głodówką "po nażarciu się", tylko już kilka dni bardzo lekko się odżywiałam, bez soli, ckru i tłuszczu w diecie.

Zatem dziś tyle -  nosiłam się długo z tym zamiarem i w końcu udało mi się "wstrzelić w dobry termin", z pracą, z weekendem i z nastrojem, motywacją. To dziś tyle. Na wieczór sobie poczytuje Małachowa, co jest dodatkowo motywujące i pozwala sie orientować w tym, co dzieje się z organizmem. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
Tagi